niedziela, 1 listopada 2015

1 Listopada - losy




Jako poszukiwacze mamy na codzień do czynienia historią, znajdując monety, medaliki, czy inne przedmioty sprzed kilkudziesięciu, kilkuset, czy nawet kilku tysięcy lat. Każdy z tych przedmiotów do kogoś należał po czym został w różnych okolicznościach utracony, czekając aż ktoś go odkryje na nowo. Dzień 1 listopada to dobra okazja aby pomyśleć nie o przedmiotach, ale o ludziach z czasów przeszłych na których milczące pamiątki w postaci przedmiotów natrafiamy. Ludziach zwyczajnych, szarych, żyjących swoim życiem i trzymających się z dala od wielkiej polityki, wojen, i innego szaleństwa któremu poddają się czasem całe masy. Ludzie tacy jak ja i Ty, chcący po prostu normalnie i spokojnie żyć, i często uwikłanych w przełomowe czy też dramatyczne momenty całkowicie niezależnie od swojej woli. Ot przyszło im żyć w czasie i miejscu w którym właśnie miał zmienić się świat. Jedną z takich historii znam z racji miejsca z którego pochodzi moja rodzina - niewielkiej wsi na opolszczyźnie, w której to  odwiedziłem dzisiaj groby moich bliskich na lokalnym cmentarzu. Myślę że to odpowiedni dzień aby się tą historią podzielić, i zostawić ją Tobie czytelniku lub poszukiwaczu do zadumy i oceny.

Opolszczyzna przed drugą wojną światową leżała w granicach Niemiec, a co za tym idzie również wieś w której mieszkali moi zmarli bliscy. Po pierwszych latach wojny kiedy to niemiecka ekspansja naznaczona brutalnością, śmiercią i cierpieniem wydawała się nie do zatrzymania, losy wojny się odwróciły, a śmierć i cierpienie z dalekich frontów i terenów okupowanych przeniosły się w granice rzeszy. Wojna która ogarnęła pożogą cały świat, teraz zaczęła pożerać kraj który ją wywołał. 
Ze wschodu na zachód parły niezliczone armie potężnego Związku Radzieckiego, stworzone z żołnierzy często słabo wyszkolonych, pijanych, i słabo uzbrojonych, ale bitnych i doskonale pamiętających nieludzkie okrucieństwa  jakich niemieccy okupanci dopuszczali się na terenie ich kraju, zanim zostali z niego wypędzeni. I przyszedł moment kiedy postawili stopę na niemieckiej ziemi, i nie zamierzali pozostawać dłużni. Zła sława radzieckich żołnierzy i tego czego w ramach swoiście rozumianej zemsty lub "wojennego trofeum" się dopuszczali daleko wyprzedzała najbardziej wysunięte radzieckie przyczółki. Wielu niemców, cywilów, nie chciało sprawdzać czy te opowieści są prawdziwe, pakowali swój dobytek lub też uciekali tylko z tym co było dla nich najcenniejsze. Byli też tacy którzy nie chcieli lub nie mogli uciec, pozostając w swoich domach z trwogą oczekując pierwszych radzieckich żołnierzy. 
Losy takich ludzi były różne, akurat we wsi mojej rodziny radziecki żołnierz pokazał się od tej najgorszej strony. Doszło do gwałtów i rozstrzeliwań zastanych cywilów, wśród wielu opowieści o tych dniach znana we wsi jest historia pewnej rodziny, w której jedna z kobiet - córka, chcąc ratować się przed gwałtem zamknęła się w jednym z pomieszczeń barykadując dodatkowo drzwi własnym ciałem. Radziecki sołdat nie miał czasu ani ochoty na takie zabawy, zakończył żywot niemki serią z pepeszy przez drzwi, do tego opór młodej dziewczyny tak go rozeźlił że razem z towarzyszami wymordowali wszystkich zastanych w tym gospodarstwie. Rodzina i inni zabici zostali po cichu pochowani "gdzieś pod lasem" przez pozostałych mieszkańców po kilku dniach, miejsce to do tej pory nie zostało odnalezione, jako że nie ostał się przy życiu żaden świadek tego pochówku. Pozostali niemcy zostali wkrótce deportowani, albo sami wyjechali gdy okazało się że tereny te po wojnie przypadły Polsce.
Wkrótce na nowe tereny Rzeczpospolitej Ludowej zaczęli napływać osadnicy - w tym moja rodzina, ludzie często mocno doświadczeni przez los, żołnierze, więźniowie obozów, pracownicy przymusowi i wszyscy ci którzy mieli powody nienawidzić niemców. Niemcy uciekając zabierali co mogli, a nie mogli zabrać wszystkiego. Na terenie tej wsi pozostały groby ich przodków.
Groby niemieckie nie były pielęgnowane przez nowych osadników, aczkolwiek nie były też celem jakiejś dewastacji czy celowej zniewagi. Był na cmentarzu okazały grobowiec rodziny lokalnego posiadacza ziemskiego, który niepilnowany szybko popadał w ruinę. Niektórzy twierdzą że proces ten mocno wspomagali lokalni gospodarze podbierając z grobowca cegły. Grobowiec szybko przestał chronić swoich milczących lokatorów, a szukająca wrażeń dzieciarnia i młodzież zaczęła rozwlekać po cmentarzu kości wyciągnięte ze starych trumien. Do dnia kiedy pewnej burzowej nocy zapuszczony i osłabiony grobowiec całkowicie się zawalił - poza pojedynczą ścianą, grzebiąc pod gruzami resztki zmarłych. Wtedy lokalne władze podjęły decyzję o uprzątnięciu cmentarza, gruzy wywieziono, a znalezione kości zakopano wspólnie w jednym dole w miejscu gdzie stał grobowiec. Z jakiegoś powodu zdecydowano o pozostawieniu wciąż stojącej ściany, może dlatego że grobowiec stał w dalekim rogu cmentarza więc nikomu nie wadziła.
Ściana ta stoi do dziś, obecnie wygląda tak:



Jak widać przez lata bluszcz szczelnie okrył ścianę zielonym gobelinem, skutecznie utrudniając do niej dostęp. W lokalnej społeczności powoli odchodzą ostatni z tych, którzy doświadczyli okrucieństw wojny, i którzy mogliby powiedzieć coś o historii powojennej tej miejscowości. Młodzi nie czują już do niemców nienawiści (choć niektórzy czują niechęć), ale nie widzą też powodu aby opiekować się ruinami starego grobowca. Co ciekawe jeszcze kilka lat temu co jakiś czas przyjeżdżali z niemiec bliscy zmarłych pochowanych w grobowcu, sam widziałem składane przy ścianie kwiaty i znicze. Ale teraz już nikt nie przyjeżdża, być może sędziwi bliscy również zakończyli już swój żywot, a ich dzieci nie widzą potrzeby kultywowania tej tradycji. 
Będąc "w  odświętnym" stroju (w końcu to dzień świąteczny) postanowiłem zajrzeć przez kurtynę bluszczu, wzbudzając wśród licznie odwiedzających cmentarz niemałą sensację. 
Pod ścianą leży stary kamienny krzyż:



Jest też nowszy, drewniany, ustawiony przez odwiedzających grobowiec niemców przed laty:



Napis na krzyżu głosi:

"Unseren Toten zum gedenken"

czyli:

Dla upamiętnienia naszych zmarłych

Język niemiecki wciąż wielu ludzi razi jednak treść napisu kulturowo jest  nam bardzo bliska. Po lewej stronie krzyża, na ziemi, leży kamienna tabliczka z napisem którego nie udało mi się odczytać.
Bluszcz na ścianie jest bardzo gęsty, jego kożuch jest na tyle gruby że nie byłem w stanie dotknąć ściany tak, aby w swoim odświętnym stroju nie wchodzić w bluszczową gęstwinę, stąd też zdjęcia były robione z odległości.

Znalazłem na ścianie również tablicę grobową:

Treść tablicy niestety z tej odległości była nie do odczytania, udało mi się jedynie zobaczyć datę śmierci, a więc przypuszczalnie datę wybudowania grobowca:

1903

Cała ta historia z grobowcem, jak i ogólnie historia tej miejscowości która jak wiele innych została doświadczona przez obłęd wojny, dała mi do myślenia. Nad ludzkimi losami, życiem, i niestety szaleństwem przez co tacy jak ja i Ty często trafiają w sam środek historycznych zdarzeń, płacąc często najwyższą cenę.

Po walce z bluszczem żeby zrobić zdjęcia, i następującej po tym długiej chwili zadumy, wróciłem do bram cmentarza mijając po drodze zdziwione spojrzenia ludzi którzy odwiedzając groby swoich bliskich obserwowali tego "dziwnego obcego" szarpiącego się z bluszczem przy starej ruinie. Przy bramie kupiłem duży znicz, a następnie wróciłem do grobowca gdzie go zapaliłem, słysząc za plecami szepty i zdziwione głosy. 

Po kilku godzinach nadszedł czas powrotu do domu. Opuszczając miejscowość postanowiłem przejechać koło cmentarza. W odległym rogu, tam gdzie w ciemnościach powinna stać ostatnia ściana starego grobowca wciąż płonął mój znicz, rozświetlając nieco pobliskie ciemności. I wciąż był tam tylko on jeden.

sobota, 3 października 2015

14.08.2015 - Śląsk

Po pierwszym wypadzie opisanym w poprzednim poście, robiłem jeszcze kilka podejść w tym samym terenie, jednak bez rezultatu. Coraz lepiej rozumiem swój wykrywacz, zaczynam rozróżniać po dźwięku w słuchawkach co jest pod cewką, jednak wiedza to bardzo cenny, ale i jedyny wartościowy efekt tych wypadów. Obszar który odwiedzałem jest bardzo zaśmiecony współczesnym metalem, i jak sądzę dokładnie wyczyszczony ze wszystkiego co wartościowe. Udało mi się jednak złapać kontakt z ciekawymi ludźmi ze Śląska, poszukiwaczami z długim stażem i doświadczeniem, od których początkujący poszukiwacz jak ja może czerpać wiedzę całymi garściami. Koledzy zgodzili się zabrać mnie na właśnie organizowany wypad "w bliskie okolice", co prawda znowu nic nie znalazłem, ale podpatrując i podpytując kolegów bardzo dużo dowiedziałem się o pracy z wykrywaczem, i technice prowadzenia poszukiwań jako takiej. Zaś pozostali członkowie grupy.... no, tu było znacznie lepiej. Poniżej znaleziska dwóch kolegów, efekt jakichś 4 godzin chodzenia po polach.



8.08.2015 - Śląsk

Już na następny dzień po zakupie wybrałem się przetestować swój wykrywacz. Na pierwszy raz wybrałem okolicę w pobliżu poniemieckich bunkrów z czasów drugiej wojny. Był do czas letnich upałów, szybko rosnąca temperatura tak jak przewidywałem wygoniła mnie "z pola" już o rano 10.
Bylem przekonany że takie obiekty jak bunkry czy schrony, będące zapewne głównym celem wszelkich maści poszukiwaczy i innych "militarystów", zostały przez lata wyczyszczone do "zera", a jednak coś mi się trafiło. A być może po prostu inni poszukiwacze omijają niektóre artefakty jako śmieci, jednak mnie moje znalezisko bardzo ucieszyło, w końcu to moje "pierwsze"
Od razu powiem że nakopałem się jak głupi, nie potrafię jeszcze zrozumieć "języka" swojego detektora (a i zapewne to kwestia ustawień) więc nie wiedząc co prawdopodobnie chce mi powiedzieć Deus, kopałem każdy sygnał jaki trafiłem. W efekcie było jakieś 15 czy 16 dołków różnej głębokości z czego tylko 3 znaleziska były interesujące, 2 to "duchy" (nie znalazłem kopanego obiektu), a reszta to lekko licząc półtora kilo wszelkiego rodzaju złomu żelaznego, którego pierwotnej funkcji ciężko się nawet domyślić ze względu na stan i korozje. A może to były po prostu odłamki i szrapnele.
Co znalazłem, stary guzik (nie do zidentyfikowania), fragment harmonijki ustnej, oraz moją pierwszą monetę:



Jest to moneta bardzo często znajdowana na Śląsku - 1 Reichpfennig, egzemplarz w średnim stanie wybity w 1930 roku. Trzeba pamiętać że przed drugą wojną światową duża część Śląska będącego obecnie w granicach Polski, należała do Niemiec, więc znacznie łatwiej znaleźć w tej okolicy niemieckie monety przedwojenne niż polskie. Reichpfennig ze zdjęcia powyżej był bity w latach 1924-1936, powstało ich ponad 50 milionów sztuk. Stąd też do tej pory jest ich w obiegu kolekcjonerskim bardzo wiele, w tym takich w doskonałym stanie. Wartość materialna monety w stanie jak na zdjęciach oscyluje w okolicach 0, za to wartość emocjonalna, w końcu to pierwsze znalezisko, jak dla mnie jest nie do oszacowania.




wtorek, 29 września 2015

Detektor.. czyli wykrywacz

Narzędzie to nieodłącznie kojarzone jest z ... saperami. No właśnie, taka była geneza powstania pierwszych "nowoczesnych" wykrywaczy w postaci takiej jakie znamy - długi kij z talerzem na końcu, służący do wykrywania zakopanych w ziemi min. Swoją drogą konstrukcję tą stworzyło zimą 1941/42 dwóch naszych rodaków - por.Józef Kosacki i por.Andrzej Garboś, służących w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Prototyp stworzony przez Polaków sprawował się doskonale, twórcy postanowili nie chronić swojego wynalazku patentem, zamiast tego nieodpłatnie przekazali swój pomysł armii brytyjskiej. Tak powstał pierwszy nowoczesny wykrywacz metalu przyjęty na wyposażenie sił zbrojnych, na cześć twórców noszący nazwę Mine detector (Polish) Mark I. O tym jak bardzo udana była to konstrukcja może świadczyć fakt że ostatnie egzemplarze "polskiego wykrywacza" trzeciej generacji noszącego nazwę Mine detector (Polish) Mk. III wycofano ze służby dopiero w roku 1995.
Urządzenia się zmieniają, ich możliwości rosną wraz z postępem techniki, jednak podstawowa funkcja pozostaje taka sama - wykrywanie metalowych przedmiotów, nie tylko min, ale również monet, sztućców, naczyń, militariów, i całej masy innych przedmiotów rozpalających wyobraźnie eksploratorów i poszukiwaczy skarbów. Stąd też wykrywacz, obok saperki, stał się podstawowym narzędziem pracy również takich pasjonatów.
Zanim kupiłem swój pierwszy wykrywacz spędziłem sporo czasu na czytaniu. Po prostu tak już mam, nie lubię kupować niczego w ciemno, zwłaszcza że jestem zwykłym szarym człowiekiem i zakup wykrywacza stanowił dla mnie spory wydatek. Po kilku dniach miałem już jako takie pojęcie w tym czego szukam, oraz tym co i w jakich cenach oferuje rynek. Eksploracja nie jest moim pierwszym ani też jedynym hobby, sporo moich innych zainteresowań wymaga mniej lub bardziej wyrafinowanego sprzętu, przez co bazując na poprzednich doświadczeniach postanowiłem zakupić najlepszy wykrywacz na jaki mnie stać, nawet jeśli oznaczało to znaczne przekroczenie wstępnie zakładanego budżetu. Chciałem po prostu uniknąć kolejnego wchodzenia na ścieżkę która wędrowałem już wielokrotnie: zakup taniego (podstawowego) sprzętu który szybko zaczyna mnie ograniczać i budzić frustrację (Widzisz ? A wystarczyło dołożyć xx zł i miałbyś sprzęt dwie klasy lepszy). Więc sprzedaję swój niedawno zakupiony gadżet oczywiście ze stratą, po to żeby kupić lepszy. I historia się powtarza, bo znowu przyoszczędziłem, więc kolejna sprzedaż ze stratą, zakup, itd. Przechodziłem to na tyle dużo razy żeby nauczyć się ogólnie znanej prawdy - ludzi którzy nie są bogaczami nie stać na tanie rzeczy.
Wybrałem więc wykrywacz który mocno przekraczał założony budżet, ale oprócz tego że był jednym z droższych na rynku, uchodził też za jeden z najbardziej innowacyjnych i ciekawych konstrukcji ostatnich lat (a za to się niestety płaci). Jest bardzo lekki - a to jak ważna jest waga urządzenia które nosi się godzinami w jednej ręce staje się jasne już na pierwszym wypadzie. Do tego ma ciekawą teleskopową konstrukcję przez co można go złożyć kilkoma ruchami i spakować w plecaku. No i najważniejsze - między cewką (talerzem na końcu kija) a wyświetlaczem lub/i słuchawkami (w zależności jaką wersję kupimy) sygnał przesyłany jest bezprzewodowo. Nawet jeśli ma się panel i podłączone do niego słuchawki przewodowe, można panel schować w kieszeni więc kabel słuchawek sięga do kieszeni, nie do wykrywacza, nie jest się więc do niego "przywiązanym". Można odłożyć wykrywacz na bok na czas kopania, i operować saperką bez krepującego kabla i obaw czy nie wyrwie się gniazda.  
Wykrywacz to Deus XP, w wersji z panelem, bez słuchawek bezprzewodowych w zestawie, zakupiony 7 sierpnia 2015 w cenie prawie 4.000 zł. To sporo jak na możliwości mojego budżetu, ale moim zdaniem było warto. Oczywiście gdybym akurat nie mógł wydać takiej kwoty, kupiłbym coś tańszego, i również się cieszył. Warto jednak wybrać firmę która ma już jakiś dorobek w tej branży, daje to większą pewność że sprzęt uczciwie robi to co ma robić, nie ma też problemów z gwarancją czy ewentualnym serwisem. W internecie jest mnóstwo opinii na temat właściwie wszystkich obecnych na rynku producentów i modeli. Przestrzegam od razu przed wszelkiego rodzaju wykrywaczami z marketów które wyczuły koniunkturę na fali "złotego pociągu". Po prostu zapomnijcie o tym, nie idźcie tą drogą bo to pieniądze wyrzucone w błoto, podobnie jak innej maści sprzęt typu "no name" oferowany masowo na aukcjach. Nie stać mnie teraz na podstawowy model Garreta ? No trudno - muszę poczekać i dozbierać, a może jakaś używka ? To naprawdę lepszy wybór. A później.. tylko rodzina, wolny czas, i cierpliwość właściciela ziemi jest dla nas granicą.

Dzień pierwszy

Jestem początkującym poszukiwaczem. Takim śmiesznym gościem co to biega po polach i lasach z wykrywaczem metali, ekploratorem, itd.. określeń jest wiele. Swój pierwszy wykrywacz kupiłem dopiero jakieś 2 miesiące temu, więc wszystko jest dla mnie wciąż nowe, łącznie ze środowiskiem innych poszukiwaczy w które dopiero wszedłem.
O środowisku wypadałoby napisać parę słów, które być może przydadzą się innym początkującym. Przede wszystkim - środowisko poszukiwaczy czy też eksploratorów jest bardzo hermetyczne, nie wchodzi się w nie ot tak z ulicy, i dzieje się tak z całkiem konkretnych powodów. Po pierwsze i najważniejsze - trzeba sobie jasno uświadomić że hobby to, a mianowicie poszukiwania z wykrywaczem metali, jest w świetle obecnie obowiązujących przepisów NIELEGALNE. Rożne są szczegółowe interpretacje przepisów, jednakże jak to w naszym prawie - gdy Pan Policjant, prokurator czy inna osoba władna będzie się trzymała ściśle litery prawa, i zinterpretuje przepisy na naszą niekorzyść - będziemy mieli kłopoty. Oczywiście możemy dochodzić swoich racji w sądzie. Sytuacja pogarsza się gdy zostaniemy złapani "na gorącym uczynku", z kieszenią wypełnioną znalezionymi monetami, albo nie daj boże z niewypałem czy zardzewiałym VISem za pasem, gdzieś na polu rolnika który (słusznie) rozeźlony naszym wtargnięciem bez pytania na jego ziemie wezwał patrol. Znane są takie przypadki i ich skutki - bardzo negatywne dla takiego poszukiwacza. Tak że ... jest to pierwsza przyczyna - nigdy nie wiesz kim naprawdę jest ten "nowy" i jakie ma zamiary. Być może rzeczywiście jest świeżym pasjonatem i fajnym człowiekiem, a może też kimś kto wskutek braku odpowiedzialności, zawiści, czy urażonej ambicji narobi kłopotów wszystkim poznanym kolegom, 100% pewności nigdy się nie ma.
Drugi powód jest bardziej prozaiczny. Nowy poszukiwacz, jak to nowy, zazwyczaj niewiele wie i niewiele potrafi, ale ma zapał i będzie się uczył. Problem w tym że w środowisku poszukiwaczy największym dobrem i skarbem jest nie wykrywacz (choć jest ważny), nie znalezione już przedmioty (też są ważne), i nie zapał (oczywiście.. ważny również) ale tzw. "miejscówka", czyli miejsce w którym z jakiegoś powodu występuje w ziemi nagromadzenie historycznych artefaktów. Czy jest to pole dawnej bitwy, czy miejsce obozowania wojsk, czy może obejście dawno nieistniejącego domu, kościoła, karczmy itd - jeśli tylko wciąż tkwią tam metalowe przedmioty, miejsce to jest największym skarbem poszukiwacza. Taką miejscówkę, niespenetrowaną, nieznaną nikomu innemu, można eksplorować latami i wciąż znajdować nowe przedmioty. Co więcej, doświadczony poszukiwacz czy też grupa poszukiwaczy często ma nieformalne zezwolenie od właściciela miejscówki - pola, lasu czy też innego terenu, na poszukiwania i wykopki, pod warunkiem zachowania pewnej kultury poszukiwań. Oznacza to że poszukiwacz zasypuje po sobie KAŻDY wykopany dołek, unika czynienia szkód (nie niszczymy drzew, nie podkopujemy fundamentów, nie kopiemy na obsianym polu itd) i ogólnie pozostawia teren w stanie możliwie nienaruszonym.
Świeży poszukiwacz nie zna takich miejscówek, no bo w sumie skąd miałby znać. Do tego nigdy nie ma pewności czy po zabraniu go na "grupową" miejscówkę, czyli po podzieleniu się naszym skarbem, nie przyjedzie on sam albo ze swoimi własnymi kolegami następnego dnia, albo nocy, i nie tylko nie powykopuje co wartościowsze przedmioty, ale ogólnie zamieni teren w krajobraz iście księżycowy pozostawiając dziesiątki dołków i niszcząc co się nawinie. Po czymś takim pewne jest że właściciel terenu przegoni każdego poszukiwacza na 4 wiatry, w tym tą "porządną" grupę, a i w gorszym przypadku zapozna z patrolem lokalnej policji. Najcenniejszy skarb poszukiwacza może zostać bezpowrotnie stracony.
Stąd też do nowych w środowisku podchodzi się z dużą rezerwą i ostrożnością. Ale wystarczy odrobina wytrwałości, można zacząć od zalogowania się na jednym z ogólnopolskich forów, i znaleźć grupę ze swojej okolicy - tak właśnie zrobiłem. Złapać pierwszy kontakt, dać się poznać wstępnie na odległość. Później próbować załapać się na któryś z wyjazdów w ogólnie znane miejsca, zapoznać się z ludźmi osobiście, pokazać że kultura poszukiwań nie jest nam obca. Z czasem o ile jesteśmy normalnym człowiekiem, a nie wariatem z saperką czy nowym wcieleniem człowieka demolki, grupa nas zaakceptuje, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem. A wtedy otwierają się zupełnie nowe możliwości.