Jako poszukiwacze mamy na codzień do czynienia historią, znajdując monety, medaliki, czy inne przedmioty sprzed kilkudziesięciu, kilkuset, czy nawet kilku tysięcy lat. Każdy z tych przedmiotów do kogoś należał po czym został w różnych okolicznościach utracony, czekając aż ktoś go odkryje na nowo. Dzień 1 listopada to dobra okazja aby pomyśleć nie o przedmiotach, ale o ludziach z czasów przeszłych na których milczące pamiątki w postaci przedmiotów natrafiamy. Ludziach zwyczajnych, szarych, żyjących swoim życiem i trzymających się z dala od wielkiej polityki, wojen, i innego szaleństwa któremu poddają się czasem całe masy. Ludzie tacy jak ja i Ty, chcący po prostu normalnie i spokojnie żyć, i często uwikłanych w przełomowe czy też dramatyczne momenty całkowicie niezależnie od swojej woli. Ot przyszło im żyć w czasie i miejscu w którym właśnie miał zmienić się świat. Jedną z takich historii znam z racji miejsca z którego pochodzi moja rodzina - niewielkiej wsi na opolszczyźnie, w której to odwiedziłem dzisiaj groby moich bliskich na lokalnym cmentarzu. Myślę że to odpowiedni dzień aby się tą historią podzielić, i zostawić ją Tobie czytelniku lub poszukiwaczu do zadumy i oceny.
Opolszczyzna przed drugą wojną światową leżała w granicach Niemiec, a co za tym idzie również wieś w której mieszkali moi zmarli bliscy. Po pierwszych latach wojny kiedy to niemiecka ekspansja naznaczona brutalnością, śmiercią i cierpieniem wydawała się nie do zatrzymania, losy wojny się odwróciły, a śmierć i cierpienie z dalekich frontów i terenów okupowanych przeniosły się w granice rzeszy. Wojna która ogarnęła pożogą cały świat, teraz zaczęła pożerać kraj który ją wywołał.
Ze wschodu na zachód parły niezliczone armie potężnego Związku Radzieckiego, stworzone z żołnierzy często słabo wyszkolonych, pijanych, i słabo uzbrojonych, ale bitnych i doskonale pamiętających nieludzkie okrucieństwa jakich niemieccy okupanci dopuszczali się na terenie ich kraju, zanim zostali z niego wypędzeni. I przyszedł moment kiedy postawili stopę na niemieckiej ziemi, i nie zamierzali pozostawać dłużni. Zła sława radzieckich żołnierzy i tego czego w ramach swoiście rozumianej zemsty lub "wojennego trofeum" się dopuszczali daleko wyprzedzała najbardziej wysunięte radzieckie przyczółki. Wielu niemców, cywilów, nie chciało sprawdzać czy te opowieści są prawdziwe, pakowali swój dobytek lub też uciekali tylko z tym co było dla nich najcenniejsze. Byli też tacy którzy nie chcieli lub nie mogli uciec, pozostając w swoich domach z trwogą oczekując pierwszych radzieckich żołnierzy.
Losy takich ludzi były różne, akurat we wsi mojej rodziny radziecki żołnierz pokazał się od tej najgorszej strony. Doszło do gwałtów i rozstrzeliwań zastanych cywilów, wśród wielu opowieści o tych dniach znana we wsi jest historia pewnej rodziny, w której jedna z kobiet - córka, chcąc ratować się przed gwałtem zamknęła się w jednym z pomieszczeń barykadując dodatkowo drzwi własnym ciałem. Radziecki sołdat nie miał czasu ani ochoty na takie zabawy, zakończył żywot niemki serią z pepeszy przez drzwi, do tego opór młodej dziewczyny tak go rozeźlił że razem z towarzyszami wymordowali wszystkich zastanych w tym gospodarstwie. Rodzina i inni zabici zostali po cichu pochowani "gdzieś pod lasem" przez pozostałych mieszkańców po kilku dniach, miejsce to do tej pory nie zostało odnalezione, jako że nie ostał się przy życiu żaden świadek tego pochówku. Pozostali niemcy zostali wkrótce deportowani, albo sami wyjechali gdy okazało się że tereny te po wojnie przypadły Polsce.
Wkrótce na nowe tereny Rzeczpospolitej Ludowej zaczęli napływać osadnicy - w tym moja rodzina, ludzie często mocno doświadczeni przez los, żołnierze, więźniowie obozów, pracownicy przymusowi i wszyscy ci którzy mieli powody nienawidzić niemców. Niemcy uciekając zabierali co mogli, a nie mogli zabrać wszystkiego. Na terenie tej wsi pozostały groby ich przodków.
Groby niemieckie nie były pielęgnowane przez nowych osadników, aczkolwiek nie były też celem jakiejś dewastacji czy celowej zniewagi. Był na cmentarzu okazały grobowiec rodziny lokalnego posiadacza ziemskiego, który niepilnowany szybko popadał w ruinę. Niektórzy twierdzą że proces ten mocno wspomagali lokalni gospodarze podbierając z grobowca cegły. Grobowiec szybko przestał chronić swoich milczących lokatorów, a szukająca wrażeń dzieciarnia i młodzież zaczęła rozwlekać po cmentarzu kości wyciągnięte ze starych trumien. Do dnia kiedy pewnej burzowej nocy zapuszczony i osłabiony grobowiec całkowicie się zawalił - poza pojedynczą ścianą, grzebiąc pod gruzami resztki zmarłych. Wtedy lokalne władze podjęły decyzję o uprzątnięciu cmentarza, gruzy wywieziono, a znalezione kości zakopano wspólnie w jednym dole w miejscu gdzie stał grobowiec. Z jakiegoś powodu zdecydowano o pozostawieniu wciąż stojącej ściany, może dlatego że grobowiec stał w dalekim rogu cmentarza więc nikomu nie wadziła.
Ściana ta stoi do dziś, obecnie wygląda tak:
Jak widać przez lata bluszcz szczelnie okrył ścianę zielonym gobelinem, skutecznie utrudniając do niej dostęp. W lokalnej społeczności powoli odchodzą ostatni z tych, którzy doświadczyli okrucieństw wojny, i którzy mogliby powiedzieć coś o historii powojennej tej miejscowości. Młodzi nie czują już do niemców nienawiści (choć niektórzy czują niechęć), ale nie widzą też powodu aby opiekować się ruinami starego grobowca. Co ciekawe jeszcze kilka lat temu co jakiś czas przyjeżdżali z niemiec bliscy zmarłych pochowanych w grobowcu, sam widziałem składane przy ścianie kwiaty i znicze. Ale teraz już nikt nie przyjeżdża, być może sędziwi bliscy również zakończyli już swój żywot, a ich dzieci nie widzą potrzeby kultywowania tej tradycji.
Będąc "w odświętnym" stroju (w końcu to dzień świąteczny) postanowiłem zajrzeć przez kurtynę bluszczu, wzbudzając wśród licznie odwiedzających cmentarz niemałą sensację.
Pod ścianą leży stary kamienny krzyż:
Jest też nowszy, drewniany, ustawiony przez odwiedzających grobowiec niemców przed laty:
Napis na krzyżu głosi:
"Unseren Toten zum gedenken"
czyli:
Dla upamiętnienia naszych zmarłych
Język niemiecki wciąż wielu ludzi razi jednak treść napisu kulturowo jest nam bardzo bliska. Po lewej stronie krzyża, na ziemi, leży kamienna tabliczka z napisem którego nie udało mi się odczytać.
Bluszcz na ścianie jest bardzo gęsty, jego kożuch jest na tyle gruby że nie byłem w stanie dotknąć ściany tak, aby w swoim odświętnym stroju nie wchodzić w bluszczową gęstwinę, stąd też zdjęcia były robione z odległości.
Znalazłem na ścianie również tablicę grobową:
Treść tablicy niestety z tej odległości była nie do odczytania, udało mi się jedynie zobaczyć datę śmierci, a więc przypuszczalnie datę wybudowania grobowca:
1903
Cała ta historia z grobowcem, jak i ogólnie historia tej miejscowości która jak wiele innych została doświadczona przez obłęd wojny, dała mi do myślenia. Nad ludzkimi losami, życiem, i niestety szaleństwem przez co tacy jak ja i Ty często trafiają w sam środek historycznych zdarzeń, płacąc często najwyższą cenę.
Po walce z bluszczem żeby zrobić zdjęcia, i następującej po tym długiej chwili zadumy, wróciłem do bram cmentarza mijając po drodze zdziwione spojrzenia ludzi którzy odwiedzając groby swoich bliskich obserwowali tego "dziwnego obcego" szarpiącego się z bluszczem przy starej ruinie. Przy bramie kupiłem duży znicz, a następnie wróciłem do grobowca gdzie go zapaliłem, słysząc za plecami szepty i zdziwione głosy.
Po kilku godzinach nadszedł czas powrotu do domu. Opuszczając miejscowość postanowiłem przejechać koło cmentarza. W odległym rogu, tam gdzie w ciemnościach powinna stać ostatnia ściana starego grobowca wciąż płonął mój znicz, rozświetlając nieco pobliskie ciemności. I wciąż był tam tylko on jeden.